Cisza równych kadrów. „BODY/CIAŁO” Małgorzaty Szumowskiej

Nie radzę nikomu czytać jakichkolwiek recenzji przed pójściem na seans najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Tę także odradzam. Polecam natomiast wybrać się do kina w wersji tabula rasa, aby jak najpełniej skorzystać z nietypowej formy terapii, jaką tym razem funduje widzom reżyserka.

BODY/CIAŁO” Małgorzaty Szumowskiej

(fot. Filmweb)

Spaczona przeczytanymi uprzednio zajawkami na temat filmu, oczekiwałam osławionej sceny seansu spirytystycznego. Szczęśliwie, przed połową filmu zorientowałam się, że tracę w ten sposób przyjemność z oglądania nietypowej historii o bardzo zwykłej rodzinie i na dobre weszłam w narrację.

Rodzina jakich wiele – zapracowany ojciec-prokurator (Janusz Gajos) raczący się codziennie wódką, osamotniona córka (Justyna Suwała) uciekająca ze swoimi problemami w bulimię. Matki od sześciu lat brak, co skutkuje narastającą przepaścią między ojcem i dzieckiem. Każdy radzi sobie jak może i gdy dziewczyna po raz kolejny podejmuje próbę samobójczą, ojciec odwozi ją do szpitala, gdzie trafia pod skrzydła terapeutki Anny (fenomenalnie ucharakteryzowana Maja Ostaszewska). Pełna ciepła i otwartości na emocje kobieta otwiera powoli zbuntowaną dziewczynę na swoje emocje i ciało.

Do tytułowego ciała bohaterowie podchodzą w dwojaki sposób. Dla prokuratora kolejne odnajdywane zwłoki są niczym więcej niż tylko nieżywą materią. Dywagacje na temat życia po śmierci ofiar ucina krótkim Nie wiem, co pewnie także jest ochroną przed wariactwem w tak trudnej pracy. Z kolei dla terapeutki ciało zdaje się być czymś wtórnym wobec ducha.

Mimo że oboje odczuwają ubóstwo swoich jednostronnych postaw, nie potrafią połączyć dwoistości tego pojęcia. Stąd absolutny brak w życie pozaziemskie prokuratora oraz głód cielesności Anny. Co może tłumaczyć jej pracę z anorektyczkami.

Bohaterowie zmagają się z własnymi wątpliwościami w solidnym, nieupiększonym świecie. Mieszkają w blokach z wielkiej płyty, chodzą po jasnych korytarzach szpitala, siedzą w szpetnych kawiarniach, a wszystkie te miejsca pokazane zostały z chłodną precyzją, symetrycznie. Warszawa widziana okiem Michała Englerta to miejsce w 100% zwyczajne, ani piękne ani brzydkie, ot typowa Polska z typowymi dla Polaków schizofreniami.

Szumowskiej udało się bardzo celnie uchwycić cechujące nas rozróżnienie na ludzi do bólu pragmatycznych i wrażliwców, uważanych przez tych pierwszych za świrów. Dzięki minimalnej interpretacji ze strony obrazu, film Szumowskiej osiąga bardzo humanistyczne przesłanie, pokazując dwie strony pewnego problemu, ale nie ocierając się o ocenę żadnej z nich.

Napisałam o minimalnej interpretacji obrazem. Tak – wielokrotnie do kadrów wdziera się biała poświata, rozświetlająca zdjęcia. Zdjęcia, które często zostały zrobione z bardzo małą głębią ostrości, przez co poza przedmiotami tuż przy krawędzi obrazu, scena jest niewyraźna. A że w pewnym momencie filmu pojawia się namolny duch, można tę świetlistość czytać w kategoriach obecności pozazmysłowej. Kogo? Czego? I czy nie jest to tylko mylny trop podsuwany przez autorów filmu, którzy na zadane przez siebie pod tytułem pytanie: Czy istnieje coś więcej?, nie zostawiają łatwej odpowiedzi?

Skoro z ich strony nie ma jasnej konkluzji, to i mi wypada w tym momencie zamilknąć. Mogę tylko zachęcić wszystkich do zobaczenia tego świetnego filmu na własne oczy.

Jolanta Bobala dla novastreet

comments powered by Disqus