Happy Birthday, Tom. Bliskie spotkania z Tomem Waitsem

Nigdy nie ufaj mężczyźnie w niebieskim trenczu, nigdy nie prowadź samochodu kiedy jesteś martwy…

26 maja 2000 r. Niewiarygodne, ale minęło już ponad 15 lat od tego dnia. Jadę z 3 kolegami do Warszawy na koncert Waitsa. Czwarty ma dojechać z Gdańska. Piąty (nieodżałowany kuzyn) czeka na nas na Centralnym. Można powiedzieć, że to ja jestem sprawcą tego zamieszania, bo zainfekowałem ich Jego muzyką. Wbrew zasadzie, że Waitsa trzeba zachować dla siebie, pielęgnować i z nikim się nim nie dzielić. Ale stojąc za ladą sklepu muzycznego pod nazwą nomen omen Big Time nie mogłem się nie podzielić swoją fascynacją.

Tom Waits koncert w Warszawie

Sala Kongresowa wypełniona po brzegi, siedzimy dosyć daleko, ale najważniejsze jest że jesteśmy tu i teraz. Zaczął od Jesus Gonna Be Here z genialnej Bone Machine. 23 kawałki, najwięcej z ostatniej wówczas Mule Variations wydanej po 6-letnim milczeniu.

Niezapomniany wieczór, burzący kanon rockowego koncertu typu frontman z gitarą i sekcja. Waits wygięty przed mikrofonem w znoszonym garniturze i kapeluszu, pod stopami kurz, który wzbijał, tupiąc nogami w rytm muzyki. Czasem też wyrzucał w powietrze garść mieniącego się konfetti. Jeżeli miałbym się czegoś czepiać, to brakowało mojego ulubionego gitarzysty, Marka Ribota. Chociaż Smokey Hormel to też kawał muzyka.

Dlaczego przechowuję wszystkie te szaleństwa w szufladzie szafki nocnej...

27 czerwca 1999 r. Dzisiaj mam dostać przesyłkę z nowym Waitsem. Czekamy z kolegą od rana, bo zamówiłem 2 sztuki. Właśnie dla nas. Tak osobliwie działał mój sklep. Oczywiście, dla potencjalnego klienta też zamawiałem, ale były to najczęściej kolejne voluminy Bravo Wiosna/Lato…, Dziewczyna, Radio Zet, Popcorn i inne Inwazje Mocy z kolorowymi okładkami.

Wreszcie kurier dojechał. Przygotowujemy się do odsłuchu. Był nawet pomysł zamknięcia sklepu, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Jak się potem okazało, pomysł jak najbardziej zasadny, gdyż w tym momencie weszła niezdecydowana klientka i zapragnęła posłuchać dwupłytowego koncertu Manowar. O zgrozo! Już nie pamiętam, czy go kupiła, ale byłem wtedy gotów podarować jej tę płytę, byle sobie poszła. Od tej chwili nienawidzę grupy Manowar.

Z oczami czarnymi jak węgiel i biodrami jak u Marylin…

Nie spotkasz miłych dziewczyn w coffee shopach…

Mule Variations po pierwszym przesłuchaniu zachwycił, a Waits w swoim stylu tłumaczył, dlaczego tak długo trzeba było czekać na nowy materiał, mówiąc że utknął w korku. Miał fatalnego prawnika i sędzia chciał go ukarać dla przykładu. Odsiadywał surowy wyrok w California Department of Motor Vehicles, tnąc bawełnę, taszcząc bele i parkując tyłem. Potem przyznał, że to bujda, bo tak naprawdę zajmował się rozchodzeniem nowych butów dla ludzi, którzy byli zbyt zajęci by to robić samemu. Tak jest zawsze, gdy oczekuje się od niego prostej odpowiedzi.

Daj mężczyźnie gin i karty, daj mu palec, a odgryzie ci rękę

I żałuję dnia, w którym wyszedłem z tego pociągu…

Lato 1995. Przesyłka. W końcu jest. Ukazała się książka To fortepian jest pijany nie ja. Dostałem pocztą kilka egzemplarzy na papierze kredowym jako dodatkowy bonus dla tłumacza. Moja duma i przekleństwo.

Praca nad przekładem książki Partricka Humphriesa Small Change – A Life of Tom Waits była sporym wyzwaniem i żmudnym zajęciem, ale dopiąłem swego, a wszystko działo się w czasach pregoogle’owych, więc masę amerykanizmów było nie lada zagadką. Wyobraźmy sobie Amerykanina, któremu coś mówią kody muzyczno-filmowe typu Głos Wybrzeża w pysku niósł, Kruca bomba, mało casu czy Kobieta mnie bije. A tutaj musiałem się zmierzyć z Ameryką Kerouaca, Ginsberga, Burroughsa i innych ichniejszych Hłasków.

Dodatkową nagrodą mógł być koncert w Londynie, gdyż przez 5 dni w Radiu Kraków zadawano pytania z tematu Tom Waits, a wszystkie odpowiedzi znaleźć można było w tej książce. Niestety w któryś dzień sklep Big Time odwiedził żeński funcjonariusz ZaiKSu i przegapiłem audycję. Miałbym komplet odpowiedzi i to ja pojechałbym do Londynu. A tak cały misterny plan… że zacytuję kolejną filmową kwestię.

W skrzynce na listy będzie spał kot, a my nigdy nie pójdziemy do miasta

Dopóki nie pochowamy marzeń w zimnej zimnej ziemi…

Lato 1988. Bürgermoor - dziura na północy Niemiec, gdzieś między Cloppenburgiem i Bremą. Miejsce nizinne, można by rzec depresyjne, zważywszy na rekordową liczbę samobójstw.

Po raz pierwszy znalazłem się na prawdziwym Zachodzie. Po zachłyśnięciu się Frankfurtem i Bremą, Bürgermoor wydawał się jeszcze podlejszy. Ale po latach z rozrzewnieniem wspominam ten czas. Ognisko w sobotni wieczór, po tygodniowej harówce. Towarzystwo międzynarodowe: Niemcy, Holendrzy, w środku jakiś samograj. Miałem dyżurną kasetę z audycją Barbary Podmiotko W kręgu ballady. Pamiętam, że było na niej Kentucky Avenue, Burma Shave i Johnsburg Illinois. Wytworzył się świetny nastrój.

Po tym jak nad Wisłą ogniska zamieniły się w grille, a gitarę wyparły rozmowy biznesowe w podgrupach, wciąż przed oczami mam ten sobotni wieczór. The Ghosts of Saturday Night (After Hours in Bürgermoor).

Niemniej celem nadrzędnym tego wyjazdu, prawdziwą misją był zakup Swordfishtrombones. Miałem już Frank’s Wild Years i Rain Dogs. Brakowało mi tylko najważniej części trylogii. I zawód. Kupiłem wszystkie płyty z okresu Asylum, a tej najważniejszej nie przywiozłem. Na upragniony longplay przyszło mi poczekać jeszcze do jesieni. Różnych wersji Swordfish uzbierałem do dzisiaj sześć.

Nasza miłość potrzebuje transfuzji, wypełnijmy ją winem

Łowienie dobrych chwil zaczyna się od zarzucenia wędki…

Luty 2015. Od dwóch lat próbuję odkurzyć gitarę, dosłownie i w przenośni. W samotności, dla własnej satysfakcji coś tam pogrywam. Nie powstaną z tego nowe Basement Tapes, jeżeli już to Attic Tapes, gdyż na strychu jest mój muzyczny kawałek podłogi.

20 lat temu zacząłem nawet robić numery wczesnego Waitsa, ale odłożyłem to. A jako że 2 lata temu do mych drzwi wiek zapukał dojrzały (że zacytuję poetę z Krakowa) podjąłem wyzwanie i wróciłem do tematu, by zrobić coś starego po nowemu zupełnie (że zacytuję innego poetę). A to za sprawą The Little Black Songbook, którą kupiła mi w Australii moja córka.

Przypadek, zbieg okoliczności? Potrzebna była wizyta na drugim końcu świata, żebym kontynuował rozpoczęty 20 lat temu śpiewnik. Piosenki, które znam na pamięć odkrywam na nowo, odkrywam też to, jak prostymi środkami Waits potrafi stworzyć genialne kompozycje. Cała pierwsza strona The Heart Of Saturday Night to kompozytorsko-słowny skarb.

Zaszył się w pokoju nad sklepem żelaznym i płakał tam hollywoodzkimi łzami

Rzucił urok na biedną dziewczynkę z Crutchfield i trwał tak przez dwadzieścia siedem lat…

Mnie też przez 27 lat uzbierało się trochę wspomnień.

P.S. Tomie Waitsie, gdybyś nie uwikłał się życiowo w sztukę, to co byś w życiu robił?

Próbowałbym załapać się do drużyny Yankees. Pojechałbym w dół Amazonki. Może bym kombinował z medycyną. Albo z misjonarstwem. Ale jestem przekonany, że czego bym się nie tknął to i tak dałoby się przy tym zatańczyć.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus