Idole odchodzą

Wprawdzie tekst ten byłby bardziej zasadny w okolicach Zaduszek, ale w tym czasie będzie natłok wspominkowych elaboratów, więc będę pierwszy. A asumptem do podjęcia tematu jest nowa płyta Claptona i Przyjaciół The Breeze: An Appreciation of J. J. Cale.

J. J. Cale

Pytany przez znajomych o moje muzyczne fascynacje, wymyśliłem sobie przed laty taką efektowną formułkę: Moi idole albo są już starzy, albo nie żyją. Niestety, z czasem coraz więcej jest ich po tej drugiej stronie.

Właśnie w tych dniach mija pierwsza rocznica śmierci J. J. Cale’a. Artysty, który zawsze pozostawał z boku, a cieszył się ogromnym pietyzmem przede wszystkim wśród muzyków. I dzięki Claptonowi właśnie wdarł się w powszechną świadomość słuchacza. Gdyby słynniejszy gitarzysta nie wziął na warsztat After Midnight i Cocaine, myślę, że tego muzyka z Oklahomy znałoby jeszcze mniej osób.

A J. J. Cale zostawił po sobie ogromną spuściznę. Fakt, że były to miniaturki, grane jakby od niechcenia, jakby chciał powiedzieć: To tylko taka wprawka, zaraz tu przyjdzie ktoś, kto zaśpiewa to pełniejszym głosem i zagra efektowniej, głośniej i dłużej.

Pierwsze 9 płyt dalej mam w wersji analogowej i- mimo, że posiadam cyfrowe odpowiedniki- często do nich wracam. Nagrania z jego ostatniej studyjnej płyty Roll On z 2009 r. spokojnie mogłyby znaleźć się na jego debiutanckiej płycie Naturally z 1971 i na odwrót.

Ktoś powie, że to nudne, przewidywalne i przez całą karierę grał jeden utwór. Jednak miał wąską grupę wiernych i oddanych wyznawców, do których się oczywiście zaliczam. Jedyny, niepowtarzalny, niepodrabialny J.J. CALE.

W czerwcu swoją kolejną płytę wydał 81-letni Willie Nelson. Żywa legenda amerykańskiej muzyki wydaje płyty regularnie, nie licząc astronomicznej ilości kompilacji, ukazujących się co chwilę przez podrzędne wytwórnie.

Willie Nelson

Problem z Nelsonem polega na tym, że jest postrzegany przez ogół jako stara Indianka, śpiewająca w duecie z przystojnym Hiszpanem o dziewczynach, które kochali.

Tymczasem Willie Nelson jest w zupełnie innym miejscu. Nagrywał z Wyntonem Marsalisem 2 wspaniałe koncerty. Lista muzyków, którzy w ostatnich latach z nim grali jest imponująca: Bob Dylan, Sinead O’Connor, Keith Richards, B.B. King, Jonny Lang, Dr.John, Bonnie Raitt, Ben Harper, Al Green, Rickie Lee Jones, Suzanne Tedeschi, że wymienię tylko tych nie kojarzących się jednoznacznie ze sceną country.

Bo i płyty Nelsona absolutnie wymykają się z ram tego gatunku. Fantastyczny Spirit z 1996 r., nowoorleański Teatro wyprodukowany przez Daniela Lanois z 1998 r., czy bluesowy Milk Cow Blues z 2000 r. O jazzowych płytach z Marsalisem już wspomniałem.

Przeglądałem ostatnio swoje śpiewniki i natknąłem się na piosenkę Radio Lonstara i Country Family, gdzie jest fragment tekstu ... a stary Willie Nelson znowu śpiewa mi. Ogarnęło mnie przerażenie pomieszane z zadumą. Ten stary Willie Nelson w momencie pisania tekstu przez Lonstara był młodszy niż ja obecnie.

Parę lat temu oglądając koncertowe DVD Willy deVille’a, pomyślałem, że chętnie zobaczyłbym go na żywo. A jako że artysta był popularny w Europie, zerknąłem na jego stronę. Być może zagra wkrótce gdzieś za zachodnią granicą.

Willy deVille

Niestety spóźniłem się. Muzyk zmarł w 2009 r. A, że nie był w Polsce przesadnie znany, ta informacja nie dotarła do mnie. Oglądając jego 2 koncerty: ten z Berlina 2002 i cztery lata późniejszy, z amsterdamskiego Paradiso, widać było, że czas nie był dla niego łaskawy.

Wszystkich zainteresowanych odsyłam do jego płyt- szczególnie tych ostatnich od Loup Garou wzwyż. Niepowtarzalna mikstura bluesa, cajun i bagiennych nowoorleańskich klimatów.

Powiększa się lista muzyków, którzy są już po tamtej stronie, a których muzyka była mi bliska: Ray Charles, Lou Reed, Johnny Cash, George Harrison, Jon Lord, Rick Wright, Ray Manzarek, Clarence Clemoms, Johnny Winter, Paco de Lucia, Charlie Haden, Joe Strummer, Philip Chevron, niedawno zmarł ostatni członek z pierwszego składu The Ramones- Tommy Ramone.

A z tych co zostali? Jagger i Richards już 6 lat temu mogli ubiegać się o gwarantowaną przez państwo emeryturę. A od zeszłego roku mogą liczyć na darmową izolację dachu, która należy się każdemu Brytyjczykowi, który skończył 70 lat.

Niegdysiejsi młodzi gniewni okrzyknięci jako przyszłość rock’n’rolla: Bruce Springsteen i Tom Petty dawno przekroczyli sześćdziesiątkę. Tom Waits również, chociaż on nigdy nie był młody.

A co z następcami? Pokolenie dziewczyn z gitarą, które obrodziło końcem lat osiemdziesiątych jak: Suzanne Vega, Tracy Chapman, Shawn Colvin, czy Michelle Shocked, to już dzisiaj panie po pięćdziesiątce z pokaźnym dorobkiem płytowym, na których wzoruje się nowa generacja.

Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie od kilku dekad mamy wciąż młodego, zdolnego, dobrze zapowiadającego się wokalistę: Mietka Szcześniaka, zwanego też Mieczem.

A skoro już jesteśmy nad Wisłą- Waglewskiemu i Janerce w zeszłym roku do drzwi wiek zapukał dojrzały, cytując innego 60-parolatka Sikorowskiego z niedawnego jeszcze studenckiego zespołu Pod Budą. A i lista nieobecnych rośnie: Riedel, Berger, Niemen, Nalepa, Ciechowski, Grechuta, Śmietana, Stopa.

Pośród zupełnych gołowąsów ostatnio zwrócił moją uwagę George Ezra, który za swoje muzyczne inspiracje wymienia Boba Dylana i Woody’ego Guthrie. I oglądając jego próbki na YouTube, faktycznie możemy być spokojni o przyszłość muzyki. Niestety, przy jego debiutanckiej płycie za bardzo pomajstrowali producenci i ten urok surowych nagrań gdzieś się rozpłynął.

I tak wróciliśmy do J. J. Cale’a i jego zdawałoby się intymnych nagrań studyjnych. Jego życiowa partnerka Christine Lakeland powiedziała, że nagrania płytowe nie oddają do końca czaru jego muzyki.

Jeżeli chcielibyście wiedzieć jak brzmiał naprawdę, musielibyście usłyszeć go, kiedy siadał wieczorem na werandzie z gitarą.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus