Nowy Jork cz. 2

Minęło juz kilka miesięcy od przeprowadzki redakcji, a Nowy Jork wciąż zadziwia.

Nie lubimy setek

Ta chwila pojawia sie bardzo rzadko - redakcja wchodzi w posiadanie studolarówki. Świerzbienie palców, lekki niepokój, podniecenie, bogactwo, drżenie powieki. Dopóki nie przypomnisz sobie, że nic z tą stówą nie zrobisz. Nie kupisz miesięcznego biletu na metro, nie zapłacisz w starbuniu za zbyt drogie spienione mleko z kawą, nie rozmienisz jej w większości sklepów. Ameryka nie chce Twojej stówki, chce twoją kartę kredytową ale stówkę możesz sobie wsadzić w kieszeń. Pozostaje kilka możliwości - wpłacenie stówy na konto i oczekiwanie, że bank rozwinie przed Tobą czerwony dywan albo odwiedzenie ulubionego "deli" z ulubionym Panem Hindusem za ladą, który magicznie zawsze wie czego chcesz i rozmienienie problematycznego pieniądza. Cieżko być bogatym.

Pan Hindus

W tak ogromnym i bezdusznym mieście zadziwiająco łatwo jest nawiązać przypadkową znajomość. Zwłaszcza jeżeli znajomość ta regularnie podlewana jest gotówką. Kiedy odwiedzicie jakiś sklep więcej niż jeden raz, istnieje spora szansa, że sprzedawca (często jednocześnie właściciel) zakocha się w waszym - przeważnie pustym - portfelu i zacznie dbać o was jak dokarmiająca babcia. Wasze ulubione musli będzie tuż obok kasy, specjalnie dla was zamówione zostaną jogurty, a zakupom towarzyszyć będą regularne zapytania o to czemu dzisiaj bez mleka, czy coś zamówić i czy mąż dzisiaj w domu. Rozczulający u Pana Hindusa jest rownież fakt, iż ma on wszystkie przyprawy świata, ani jednego sera i polskie piwo. Może kiedyś przestanie mnie to dziwić.

Wąsaty robal

Pisałam już o karaluchach. Pisałam, że to oczywiste, że jest ich tu pełno. Oczywiste oczywistym, teoria teorią ale kiedy praktyka wita was w pokoju strzygąc wąsem zdrowy rozsądek wylatuje przez osiatkowane okno. Potem dowiadujecie się, że właściwie nie ma się o co martwić, bo duże okazy to karaluchy wodne i przychodzą sobie przez kran i to normalne. Tej nocy nie zbliżacie się do łazienki. Śpicie z latarką pod poduszką i uszami wyobraźni słyszycie tupot małych stóp i próbujecie wypłoszyć niewidzialnego potwora snopem światła. W myślach kupujecie bilet powrotny do Polski i rozważacie zamianę kapci na kalosze.

Transport

Nowojorski transport publiczny to prawdziwy dar niebios. To jedyne metro na świecie jeżdżące 24h na dobę. Docenicie to wracając z Sylwestra. Obserwując drzwi, ściany i podłogi udekorowane mozaiką wymiocin w duchu pogratulujecie sobie wypicia idealnej ilości dżinu - nie aż tyle aby dołączyć do artystów ale wystarczająco aby ignorować zapach. Nowojorskie metro to nie tylko toaleta - to rownież restauracja, fryzjer, kosmetyczka, scena, arena, czytelnia, klub poezji i podstępny złodziej czasu. Pomimo oczywistej niedorzeczności czasem rozumiem kobiety wykonujące pełny makijaż w metrze - rozumiem i podziwiam, że wciąż mają parzystą ilość oczu do malowania. Redakcja wcale nie napisała tego artykułu w metrze. Wcale.

Multi-Kulti

Wielonarodowość tego miasta nikogo nie dziwi, precyzja z jaką dostosowuje się ono do emigracji jest jednak godna podziwu. Często już w trakcie dojazdu dowiecie się jaka mniejszość zamieszkuje daną dzielnice - metro dostosowuje język na informacyjnych plakatach do potrzeb mieszkańców, kierunek Bronx wzbogacony został o napisy w języku kreolskim haitiańskim (oprócz standardowego angielskiego, hiszpańskiego, chińskiego i rosyjskiego). Urząd Social Security obok redakcyjnego mieszkania informacje o godzinach otwarcia podał w czterech językach - po angielsku, włosku, rosyjsku i chińsku. Takie dostosowanie do potrzeb mieszkańców jest oczywistością ale wciąż zadziwia, w dodatku pozytywnie. Mieszanka nowojorska daje możliwość poczucia się jak podróżnik, zwłaszcza kiedy widzicie takie cudo jak sklep z żywymi kurczakami. Chiński oczywiście. Albo kiedy w chińskim sklepie kupujecie polskie chusteczki. O zapachu truskawek. Polskich oczywiście.

Podstępny snobizm

Każde miasto ma dzielnice bogatsze i biedniejsze, droższe i tańsze. Redakcyjne miejsce wolontariuszowania jest oczywiście usytuowane w najdroższej dzielnicy miasta – co bynajmniej nie ma odbicia w nieistniejącej pensji. Jeżeli kiedyś odwiedzicie najdroższą dzielnice jakiegokolwiek miasta – zawsze sprawdzajcie ceny przed pójściem do kasy. Nawet jeżeli kupujecie sałatkę w niewinnie wygladającym barze. Ta sałatka może was kosztować 20$ i być niezjadliwa. Całe szczęście, że nie stać mnie na powtórkę.

Ogrom dużych miast może przytłaczać, warto wtedy wtopić się w lokalną społeczność. Znajomy Pan Hindus daje dziwne poczucie przynależności, wielojęzyczność i obcość pozwala paradoksalnie poczuć się sobą. Nikogo nie interesujesz Ty i Twoje problemy, nikt nie zwróci na Ciebie uwagi – możesz więc równie dobrze przestać się martwić i udawać. Oczywiście do momentu, aż nie będziesz próbował rozmienić stówy.

Ola Godlewska dla novastreet

comments powered by Disqus