One-hit wonders, artyści jednego przeboju

One-hit wonder czyli artysta jednego przeboju. To termin, który funkcjonuje w przemyśle fonograficznym od zarania. Nazwiska można wymieniać bez końca.

One-hit wonders

Skupmy się jednak na pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Austriak Falco i jego Rock Me Amadeus”, Włoch Paul Mazzolini, znany bliżej jako Gazebo, który również zajął się klasyką i wylansował potworka I like Chopin. I moi faworyci - F.R. David z nieśmiertelnym łerds, dont kamizi i dziarski boys band The Shorts z hitem kamą sawa.

Na krajowym podwórku również można mnożyć przykłady, że wspomnę tylko o Zbigniewie Wodeckim, który choćby nie wiem, jak mocno próbował zaczynać od Bacha, czynić umizgi do Izoldy i przypominać o swoim klasycznym wykształceniu, a na koncertach usiłował wskrzeszać ducha wczesnych płyt Chicago. I tak ktoś z publiczności wcześniej czy później krzyknie: Zbyszek, nie przynudzaj, dawaj „Pszczołę!”.

Dziś chciałbym się zatrzymać na 3 muzykach, którzy również mogą być postrzegani jako one-hit wonders, jednak byłoby to w ich przypadku uproszczenie i wielkie nadużycie. To artyści, którzy latają poza zasięgiem komercyjnych radarów.

Pierwszy z nich to Chip Taylor. Nie widzę lasu uniesionych rąk, kojarzących to nazwisko. Ale już nieśmiertelny kawałek Wild Thing, który w 1966 r. nagrała brytyjska grupa The Troggs, a rok później porywającą wersję na Monterey Pop Festival wykonał Jimi Hendrix kojarzą wszyscy miłośnicy rocka.

Ten prosty, nieokiełznany numer powstał w czasach, kiedy nad Wisłą panowało radosne bigbitowanie i dominowały historie o murofobii (strachu przed myszami) oraz o dziewczynie z wiernym psem dzierżącym w pysku najnowszy numer Głosu Wybrzeża.

Pod koniec zeszłego roku ukazała się jego płyta The Little Prayer Trilogy. Jak zdradza tytuł są to 3 płyty i ukazują inną twarz artysty. To jedna z tych intymnych i osobistych wypowiedzi, która nie ma szans przedrzeć się do rozgłośni radiowych. Podobnie jak Johnny Cash został u schyłku życiu odkurzony przez Ricka Rubina i nagrał swoje genialne American Recordings, tak samo Chip Taylor ma szansę po siedemdziesiątce zyskać nową publiczność.

Chip Taylor

Są to oszczędne w brzmieniu akustyczne ballady, mające niewiele wspólnego ze wspomnianym Wild Thing. W kilku piosenkach Taylora wspomaga wokalnie Lucinda Williams (kolejna artystka zupełnie ignorowana nad Wisłą, za oceanem - megagwiazda).

Piosenki przywodzą na myśl wczesne nagrania Cohena. Wokal wysunięty jest na pierwszy plan, słychać niemal każde westchnięcie i szept Taylora. Podobnego zabiegu dokonano na ostatniej płycie Rogera Watersa w barwach Pink Floyd i na jego pierwszej solowej The Pros & Cons Of Hitch Hiking. Prawie 2 godziny kojących brzmień, będących skuteczną odtrutką między kolejnymi debatami prezydenckimi.

Kolejny bohater to Bill Medley. Któż nie pamięta słynnej erotyczno-garncarskiej sceny Patricka Swayze i Demi Moore z filmu Uwierz w ducha? Napięcie skutecznie podnosiła ballada duetu The Righteous Brothers Unchained Melody. Wprawdzie Medley był odpowiedzialny za niższe partie, tutaj główną robotę wykonał Bobby Hatfield swoim falsetem.

Grupa ma też w dorobku utwór You've Lost That Lovin' Feelin’, który mógłby znaleźć się Siedzibie Międzynarodowego Biura Miar Sèvres i posłużyć jako wzorzec słynnej ściany dźwięku Phila Spectora. Medley wypłynął powtórnie w latach osiemdziesiątych również za sprawą filmu. Tym razem w Dirty Dancing wykorzystano premierowy numer (I’ve Had) The Time of My Life zaśpiewany w duecie z Jennifer Warnes.

Pod koniec 2013 r. Bill Medley wydał doskonałą płytę Your Heart To Mine-Dedicated to Blues. Tytuł w zasadzie wszystko wyjaśnia.

Bill Medley

Wykonał 12 piosenek. Dokładnie tyle, ile mieści się na klasycznym longplayu. Są to kompozycje rozsławione wcześniej przez takie tuzy jak: Ray Charles, B.B. King, Jimmy Reed i Sam Cooke. Jego baryton i chrypa nabrały jeszcze większej głębi, a całość podano oszczędnej aranżacji.

Płyta dedykowana jest właśnie wspomnianym artystom. To hołd dla nich i dla szeroko pojętego gatunku. Można ją spokojnie umieścić w każdej antologii bluesa. Jedynie do czego można się przyczepić, to koszmarna okładka rodem z serii budget price records, które można kupić na stacjach benzynowych. A może umówił się z kolegami - Cohenem, Dylanem i Morrisonem, że ich przebije na tym polu? Vide: Old Ideas, Popular Problems, Tempest i Born To Sing: No Plan B.

Tony Joe White

Na deser zostawiłem młodszego o 3 lata od wyżej wymienionych. Tony Joe White. Urodzony w 1943 r., najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa. Dorastał na farmie bawełny w Oak Grove w Luizjanie. Dla mnie to synonim pojęcia singer-songwriter. Większą sławę zyskały piosenki niż ich autor. Jego największy hit Polk Salad Annie wykonywał Elvis Presley. Czy może być większa nagroda dla autora?

W Polsce bardziej jest chyba znany z ballady Rainy Night In Georgia wylansowanej przez Brooka Bentona. A jako wieczny mistrz drugiego planu mało kto wie, że stoi za sukcesem megahitu Tiny Turner z 1989 r. - a mianowicie płyty Foreign Affair. Tytułowy numer i Steamy Windows to jego kompozycje. Sukces płyty nie okazał się katapultą do comebacku i zaistnienia w świadomości słuchacza. Zresztą czy on naprawdę tego potrzebował?

Prawdziwym wychynięciem na powierzchnię okazało się dopiero nowe stulecie. Fantastyczne płyty Heroins z 2004 r. z gościnnym udziałem Lucindy Williams, Emmylou Harris i Shelby Lynne oraz Uncovered z 2006 r. - tym razem z męską pomocą Marka Knopflera, J.J. Cale’a i Erica Claptona.

Kolejne płyty, The Shine (2010) i Hoodoo (2013). O ostatniej z nich recenzent magazynu MoJo napisał, że jest ona Steamy Irresistible, a magazyn No Depression nadał mu tytuł the real king of the swamp. Te bagiennie, leniwe klimaty, które unoszą się nad najnowszymi produkcjami króla mokradeł mają prawdziwie terapeutyczną moc. Jak ktoś z Was dotrze do tych nagrań, niech je zachowa dla siebie, a jeśli chce się dzielić - to tylko z najbliższymi.

I na koniec słowa Tony’ego Joe White’a, które niech będą zachętą dla wszystkich, którzy czują, że chcą się podzielić cząstką siebie.

Kiedy usłyszałem jako dzieciak Lightnin’ Hopkinsa, pomyślałem: Czy można być bardziej autentycznym?. Tamtej nocy wziąłem do pokoju gitarę taty i już nigdy nie miałem żadnych wątpliwości. Więc jeśli coś leży Ci na sercu, wyraź to. Bo jeszcze nikt nie napisał takich słów, ani tak nie zagrał. Nieważne, czy to dobre, słabe, czy się sprzeda, czy nie. Ty to napisałeś i zagrałeś. Pisz o tym, co masz w sercu. A jeśli nic tam nie masz, to może powinieneś wrócić na pole bawełny.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus