Street-talk z Adamem Nowakiem. O Krawczyku, Cohenie, Brodskim i nowej płycie

O koncercie Raz, Dwa, Trzy w Miejskim Ośrodku Kultury w Brzesku dowiedziałem się przypadkiem dzięki koledze, który pracuje w tym mieście. Próżno było szukać informacji o tym wydarzeniu na oficjalnej stronie grupy. Ale ja lubię takie nienagłaśniane imprezy. Prawdziwy fan jakimś sposobem się dowie. Jak kiedyś powiedział Adam Nowak: Lepiej wykonawcę gdzieś odkryć niż spotykać na każdej stacji benzynowej. Wprawdzie miał na myśli swoją twórczość, ale to zdanie idealnie pasuje do rzeczonego koncertu.

Grupa RAZ, DWA, TRZY a.d. 2015 jest już w innym miejscu niż 2 dekady temu. Adam Nowak dawno przesiadł się na elektrycznego Gretscha. Nie jest to wprawdzie wolta stylistyczna na miarę Dylana i nie słychać było z widowni okrzyków Judasz, ale ze zwiewnego brzmienia wczesnego Raz, Dwa, Trzy niewiele zostało.

Miły klezmerski aranż Talerzyka teraz zabrzmiał w wersji prawie heavy. Spora w tym zasługa pełnoprawnego już członka grupy Tadeusza Kulasa, którego brzmienie trąbki nadało zespołowi inny wymiar. Ale jeżeli trąbka wyparła klarnet, a bas elektryczny zastąpił kontrabas, brzmienie siłą rzeczy musi być inne. To chyba znak, że zespół idzie do przodu i bawi się swoimi numerami, czego dowodem jest świetna jazzująca wersja Idę przed siebie.

Jednak to teksty lidera stanowią o niezwykłości zespołu. Zaczął od jedynego nieautorskiego dzieła, a mianowicie Idź swoją drogą w świetnym przekładzie Wojciecha Młynarskiego. Jako ciekawostkę dodam, że My Wayw wykonaniu Sinatry jest najczęściej graną piosenką na amerykańskich pogrzebach. Nie wiem, czy Adam Nowak zdaje sobie sprawę, że jego utwór Już zaczął spełniać podobną rolę w Polsce.

Jak wspomniał w wywiadzie-rzece Trudno nie wierzyć w nic, w tekstach przestała go interesować błyszcząca strona twórczości, dążenie do tego żeby zaskoczyć słuchacza dobrym rymem, bardzo ważna stała się dla niego potrzeba przestrzeni, którą można już dostrzec na płycie Cztery (Pod niebem), a pełne rozwinięcie nastąpiło na płycie Niecud (Spójrz-widzę, Tylko nie płyń tą rzeką).

Na prawie dwugodzinnym koncercie udało się zaczarować publiczność świetną muzyką połączoną z niebanalnymi tekstami. Nie było atmosfery akademickiego napuszenia i skupienia, tylko przemyślany show z dramaturgią, jakże inny od spędów, gdzie w praktyce realizowane jest hasło bawmy się wesoło i łączmy w głupocie.

Rok temu po koncercie Voo Voo rozmawiałem z Wojciechem Waglewskim o jego mistrzach słowa. Stwierdziłem że zespół Raz, Dwa, Trzy jest postrzegany głównie za sprawą tekstów i przeciętny słuchacz nie docenia u Was muzyki, natomiast w przypadku zespołu Voo Voo jest przeciwnie. Pozwolę sobie odwrócić pytanie. Jakie są Wasze inspiracje muzyczne?

Każdy z nas słucha czegoś innego. Nie jest to kompromis, natomiast brzmienie zespołu i sposób myślenia muzycznego jest wypadkową tego, czego każdy z nas słucha. Nie do końca jest jednak tak, że my spełniamy marzenia, żeby zagrać to, co uwielbiamy u naszych idoli, bo tego nie wolno robić. Natomiast oni nas inspirują i trzymamy się pewnej osi, żeby nie stracić komunikatywności w muzyce, bo to jest dla nas bardzo ważne. Jednocześnie zależy nam na tym, by zachować wolność tego, co chcemy zagrać i usłyszeć.

Zadam teraz podchwytliwe pytanie. Co łączy firmę Decca z Kompanią Muzyczną Pomaton?

Tego już dzisiaj nie wiem. Wynika to z faktu, że zespół gra 25 lat. Zniknęły partie polityczne. Zmieniali się prezydenci. Znikają firmy wydawnicze. A my gramy, mimo tego że w jakimś momencie skazano nas na niebyt medialny i chciano, żebyśmy jednak już dalej nie działali. Ostatecznie ci, którzy nie dawali nam nadziei, nie istnieją, a my gramy i ludzie słuchają tego, co gramy.

Dick Rowe z firmy Decca, który nie podpisał kontraktu z Beatlesami, stał się nieświadomie (ale na stałe) synonimem najgorszej decyzji w historii przemysłu muzycznego. Miał wówczas powiedzieć: Grupy gitarowe to już historia, panie Epstein. Po tym jak Pomaton zerwał z Wami kontrakt, wydaliście 2 blockbustery czyli płytę z tekstami Agnieszki Osieckiej i Trudno nie wierzyć w nic.

Pomaton popełnił w tym czasie jeszcze kilka kardynalnych błędów. Mianowicie nie wydał płyty Arki Noego, nie wydał płyty Golców i nie wydał płyty Brathanków. Odesłał ich do innych firm. (śmiech).

W tym tygodniu zauważyłem płytę Krzysztof Krawczyk śpiewa ballady Leonarda Cohena. Podobnym ciosem było nagranie przed Stachurskiego płyty Wspaniałe polskie przeboje. Czy nie sądzisz, że granice przyzwoitości artystycznej powinny być mocniej nakreślone? Czy też cel uświęca środki? Dzięki Krawczykowi ktoś zainteresuje się głębiej Cohenem, a dzięki Stachurskiemu stanie się fanem polskiego rocka lat 80. Znam młodego człowieka, który poprzez brit-pop i grunge dotarł do Rubber Soul Beatlesów. Jednak, gdy zobaczyłem na półce płytę Krawczyka, pojawiło u mnie się uczucie zażenowania pomieszane ze złością.

A u mnie nie - zaraz ci powiem dlaczego. Dlatego, że póki rynek rządzi się tzw. wolnym wyborem publiczności i opiera się na zasadach najlepszej komercyjności, jaką tylko można sobie wymyślić. Oznacza to, że jeżeli masz piosenki (niektóre mniej lub bardziej szlachetne), których ludzie chcą słuchać, to wszystko znajduje się na własnym torze i nikt tego nie reguluje. Innymi słowy, artyście w sztuce wolno wszystko, a publiczność ma wolność wyboru.

Z drugiej strony, do zadań artysty czy wykonawcy należy zainteresowanie widza i słuchacza swoją opowieścią. Czy to będzie Krzysztof Krawczyk śpiewający Cohena, czy ktokolwiek inny.

Przez 25 lat starałem się nie oceniać innych artystów, dlatego, że to jest ich droga. Ja nie jestem krytykiem, tylko najczęściej słuchaczem. Oczywiście, czasem się śmieję z różnych pomysłów koleżanek i kolegów, ale to publiczność decyduje o tym, czy chce tego słuchać czy nie.

Celowo nie używam sformułowania, czy to jest dobre czy złe. Należy pamiętać, że to szlachetna sztuka często ma małą widownię, a nieszlachetna ma wielką, ale do szlachetnych wykonawców należy obowiązek zainteresowania swoją opowieścią.

Przykłady Krawczyka czy Stachurskiego nasunęły mi skojarzenia, że oto dzieciak dowiaduje się o akcie miłosnym nie od rodziców, tylko z podwórka. Albo filmu hard porno.

Tak, ale nie znamy ludzkich dróg i nie wiemy, jakimi ścieżkami podąża ludzki życiorys, a los, opatrzność, zbieg okoliczności i cały szereg innych czynników pisze ludziom życiorysy, które są kompletnie nieprzewidywalne. I nawet jeżeli ktoś zainteresuje się Cohenem poprzez Krawczyka, być może dotrze do Cohena i nastąpi akt strzelisty (śmiech).

Anna Treter niedawno powiedziała że panuje obecnie dziwne przyzwolenie na zaniedbania na polu tekstu. Piosenki są błahe, o niczym i prawie każdy z tych młodych wykonawców pisze. Zanikła instytucja tekściarza, a konsekwencje tego są coraz bardziej widoczne. Dodatkowo, wysunęła śmiałą tezę, że doświadczamy upadku polskiej piosenki opatrzonej wartościowym tekstem.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Trochę słyszę w tej wypowiedzi pretensji. Od wielu lat nakreślam swoje życie ideą braku pretensji. Są młodzi ludzie, którzy piszą fantastyczne teksty. Z drugiej strony ci, którzy chcieliby posłuchać czegoś wartościowego lub szlachetnego, najczęściej tego nie słyszą, bo tego trzeba poszukać.

Tak mi się wydaje, że zawsze tzw. sztuka szlachetna (w wypadku piosenki mniejsza sztuka) rządzi się prawem takim, że słuchacz musi odczuć głód czegoś, co chce znaleźć, a często znalezienie piosenki w tej masie, która jest, rządzi się po prostu… przypadkiem.

A jak jest z pisaniem tekstów? Czy pomimo sporego stażu z tym względzie, próbujesz skonfrontować, przeczytać komuś innemu to co napisałeś? Czy może potrzebny Ci jest rodzaj trzeciego oka, żeby nie popaść w rutynę i zamknąć się w takiej pętli własnych skojarzeń?

Słowo czasami prowadzi dokąd chce. Jest to tym bardziej niebezpieczne, im człowiek bardziej uwierzy we własne ego, we własny talent oraz we własną misję. Tekściarz, który nie odczuwa pokory wobec słowa, będzie skazany na pielęgnowanie swojego talentu.

Rzeczony Leonard Cohen, śpiewany przez Krawczyka, powiedział bardzo mądre zdanie, które towarzyszy mi po dziś dzień: Jeżeli chcesz powiedzieć coś ważnego, to nie zastępuj sobą słowa.

A co z nową płytą, której z niecierpliwością oczekuję?

To już jest pytanie złośliwe (śmiech). Nie, żartuję, to jest pytanie ciekawego człowieka. Mieliśmy moment, w którym zaczęliśmy pracę. Minęło kilka miesięcy, musimy do tego powrócić, żeby nabrać dystansu do pomysłów, który każdy wniósł. Myślę, że w przyszłym roku takie wydawnictwo powinno się ukazać.

Kiedy narodził się pomysł Policjantów. Byli w Warszawie, Sztokholmie, Paryżu, Moskwie, Bukareszcie, w Atenach i w przeciągu. Wydawało mi się że jestem dokładnym kronikarzem historii Raz, Dwa, Trzy, ale ze wstydem muszę stwierdzić, że nie znam płyty wydanej na winylu Jestem Polakiem, na której jest jedyny nieznany mi kawałek o policjantach (Policjanci w Chicago niszczą stare gazety). Czy ona w ogóle się ukazała?

Tak, 1,000 egzemplarzy. Połowę rozdaliśmy (śmiech). Na Allegro stoją od 300 do 500 złotych.

A wracając do policjantów - pomysł urodził się od razu w momencie, w którym zaczęliśmy działalność jako wentyl bezpieczeństwa, dający oddech od piosenek, które wydawały nam się za intensywne i za mocne. Chcieliśmy po prostu zagrać muzykę, która pozwoli ludziom myśleć o czym chcą, bo muzyka instrumentalna daje taką możliwość.

Na koniec zacytuję Twoje słowa z książki Trudno nie wierzyć w nic: Nie interesuje mnie piosenka poetycka albo tzw. piosenka studencka. Mam w sobie za dużo awanturnika, żebym mógł się poddać poetyczności. Nie, ma być surowo i szorstko, bo tylko wtedy można kogoś poruszyć. Przypomina mi się, jak po raz pierwszy dostrzegłem zespół Raz, Dwa, Trzy, gdy zobaczyłem teledysk Talerzyk. Oprócz muzyki i tekstu, urzekła mnie też ta choreografia. Czterech facetów obróconych do siebie plecami. Było w tym coś takiego awanturniczo-surowego, co od razu mnie ujęło. Było to trafienie w konkret.

Wiesz co? Nie czuję się bardem i nie mam ze światem spraw do załatwienia. Właśnie dlatego mam do opowiedzenia ludziom historie, które chciałbym opowiedzieć. To jest jakby podstawa mojej opowieści i mnie kompletnie nie interesuje wyznaczanie jakiejś estetyki buntu. Żeby bunt był skonsumowany, to trzeba go przedstawić w odpowiedniej estetyce.

My jesteśmy od tego, żeby było nie tylko miło, ale przede wszystkim prawdziwie. Bo jeżeli jest tylko miło, to świat nie wygląda tak, jak wygląda. Jeżeli z kolei jest prawdziwie, to ludzie mogą robić to, na co mają ochotę i to jest naszym pomysłem na granie muzyki - publiczność zawsze może robić to, co chce.

My nigdy nie obrażamy się na naszą publiczność. Nie wnosimy pretensji do tego, że ktoś coś powie, wstanie, zatańczy czy nie spodoba mu się koncert. Każdy ma do tego absolutne prawo, bo to jest jego wrażliwość. Każdy ma prawo nie zgadzać się z tym, co my robimy.

Redaktorka nieistniejącego już naszego lokalnego radia zamieniła z Tobą parę słów po koncercie. Było to bodajże w 1997 r., krótko po wydaniu najbardziej niedocenianej płyty Sufit. Zadała wtedy pytanie, o które ją poprosiłem - mianowicie o inspiracje Tomem Waitsem. Odparłeś wówczas, że Twoją jedyną inspiracją jest Włodzimierz Wysocki. Tymczasem taka Pieśń egzystencji spokojnie mogłaby się znaleźć na przykład na Frank’s Wild Years Waitsa.

Wychowywałem się w kulturze środowiskowej, która słuchała Waitsa. Bo to fajny, surowy artysta, który trochę pokazuje tzw. fucka estetyce popularnej. Sam jednak przyznawał, że chciałby być popularny, bo to niesie z sobą pewne apanaże, które są potrzebne do życia, a zwłaszcza do wygodnego życia.

Przekłamanie jest w tym, że tylko Wysocki był moją inspiracją. Chodzi o to, że poszukiwaliśmy cały czas języka i brzmienia zespołu. Poszukiwaliśmy języka, który (podobnie jak u Brodskiego) za pomocą prostych słów potrafiłby wyrazić te bardzo skomplikowane rzeczy. Tak naprawdę, to jest mój prawdziwy idol. Bo u niego jest jednocześnie poczucie humoru, sarkazm, wielka wiara i trochę cynizmu.

To, czego nieustannie poszukuję to dotarcie do człowieka z trudnymi sprawami za pomocą prostego języka.

P.S. Dziękuję Damianowi Styrnie (grafikowi i przyjacielowi grupy) za umożliwienie mi przeprowadzenia krótkiej rozmowy z Adamem Nowakiem.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus