Street-talk z Wojciechem Waglewskim : o gitarach, Jeremim Przyborze i genialnym pomyśle na 30-lecie zespołu

Wywiad z Wojciechem Waglewskim przeprowadzałem w głowie od kilkunastu lat. Ilość pytań była tak wielka, że wywiad musiałby trwać dłużej niż koncert Voo Voo, a dostałem tylko dziesięć minut rozmowy z Mistrzem, z których zrobiło się dwadzieścia. Od trzech dekad jestem niestrudzonym badaczem jego twórczości i absolutnie nieobiektywnym fanem jego dokonań. Zaczynam więc od historii najnowszej płyty Voo Voo.

Wywiad z Wojciechem Waglewskim

Macie w końcu na rozpoczęcie koncertu swój Start Me Up.

Mieliśmy go od zawsze, bo od kiedy tylko pamiętam, każdy koncert zaczynaliśmy od Dobry wieczór. Tylko nigdy nie łączyłem tego z piosenką.

Myślałem właśnie nad tytułem płyty. Pomyślałem sobie, że tyle lat się zastanawiałem nad tytułami płyt, a Dobry wieczór jest przecież najprostszym rozwiązaniem. Skoro każdy koncert się tak zaczyna, to dlaczego płyta nie miałaby się tak nazywać?

Były prostsze tytuły, choćby Płyta.

No tak, ale Płyta nie jest tak zachęcająca. Jednak Dobry wieczór jest trochę jak rozpoczęcie jakiegoś spektaklu.

Bardzo byłem ciekaw, jak na koncercie zabrzmią te piękne męskie chórki. Nie doceniłem jednak umiejętności trzech muzyków u Pana boku. Nie przypominam sobie, by wcześniej Michał Bryndal śpiewał.

Śpiewał już wcześniej na koncertach. Pamiętam z czasów, gdy byłem młodym człowiekiem - wszystkie zespoły śpiewały chórki. Czy to byli Polanie, czy inne zespoły. Tam zawsze były chórki. Niestety, taka tradycja śpiewania chórków w rock and rollu trochę w Polsce zanikła, bo gdzieś tam na świecie śpiewa się te chórki. Bardzo się ucieszyłem, że wszyscy chcą śpiewać. Karim pobrał lekcje śpiewu. Dodał nam zupełnie nowego kolorytu.

Wywiad z Wojciechem Waglewskim

Czy mógłby Pan opowiedzieć o gitarach, które zostały użyte w trakcie sesji do płyty Dobry wieczór?

To jest dosyć wąska specjalizacja. Gitarzyści lubią kupować, zbierać i kolekcjonować sprzęt. Gitara jako instrument sam w sobie jest dziełem sztuki. Same pomysły na jej kształt są niezwykle ciekawe. W gitarach jest też coś takiego, że one - tak jak skrzypce - mają duszę. Kiedyś rozmawiałem z pewnym lutnikiem o nowych gitarach. Na marginesie muszę dodać, że zbieram głównie stare instrumenty. O nowych gitarach słyszałem, że nie da się tak dobrze zrobić nawet gitary elektrycznej, w przypadku której wydawać by się mogło, że drewno nie odgrywa tak dużej roli. A jednak odgrywa. Lutnik powiedział mi, że już nie ma takich drzew jak w latach 50. Ten jesion kilkadziesiąt lat temu był zupełnie inny. Dlatego te stare, drewniane instrumenty są niepowtarzalne.

Mam instrument pośrednio od Tadka Nalepy. Pośrednio, bo przechodził też przez ręce Darka Kozakiewicza. Ten instrument jest prawie w moim wieku. Z 1955 r. – dokładnie 2 lata młodszy ode mnie. Nowe gitary wykonywane są w tzw. custom shopie, przez rzemieślników. Nie na dużych halach produkcyjnych, tylko przez małe manufakturki. Instrumenty robione są dokładnie z tych samych materiałów i nie brzmią.

Zbieranie instrumentów jest czymś na kształt hobby, gdyż jest to zbieranie historii. Mam znajomego, który otworzył malutki sklepik wspólne z żoną w miejscowości Massa Marittima w Toskanii. Jest muzykiem, który sobie grywa czasami w jakichś klubach, ale przede wszystkim jest miłośnikiem gitar. W jego sklepiku, który - nawiasem mówiąc – wygląda trochę jak Dessa, są stare płyty, stare meble, a 4 lata temu zauważyłem tam również instrumenty. Byłem w szoku, kiedy kupiłem np. akustyczną gitarę ESE Stewart, której w Polsce na pewno nikt nie ma. To był jedyny taki instrument we Włoszech. Ten znajomy sprzedaje te gitary tak, żeby nikt ich nie kupił. Wystawia je, ale każdą z nich kocha. Żeby go przekonać do sprzedaży, muszę z nim usiąść i wypić trochę wina.

Teraz na koncerty kupiłem właśnie u owego Włocha naprawdę fantastyczny instrument z początku lat 70. - Stratocastera. Genialny instrument, on po prostu sam gra. Ja w zasadzie tylko pomagam mu się odezwać. Mam taki pomysł, żeby z każdą płytą - oprócz nowej marynarki - pojawiała się nowa gitara.

No tak, zaczęło się od Łobi jabi. Potem był etap Rapatapa, a teraz są te piękne, żubrze chórki. Poza tym - był to pierwszy koncert, na którym byłem, w którym zagraliście od A do Z materiał z płyty. I to chronologicznie. Wiem, że nie lubi Pan nagrywać starych numerów na nowo. Czysto hipotetycznie: co by się stało, gdyby (podobnie jak u Petera Gabriela i płyty So) nieistniejące już firmy Polton czy Digiton z okazji 30-lecia wydania zaproponowały Wam zagranie benefisowego koncertu z materiałem z debiutanckiej płyty, Zespołu Gitar Elektrycznych czy Sno-powiązałki?

Wpadł pan akurat z tym pytaniem w dyskusję, bo dosłownie przed koncertem mieliśmy taką krótką rozmowę z Pawłem (menadżerem) i zespołem, co zrobić na trzydziestkę. Zrobiliśmy dość fajny zabieg na 20-lecie, nagrywając płytę z 20 nowymi numerami. Przy okazji tej trzydziestki chcemy wykonać coś innego. Gramy stare numery - tak jak dzisiaj Nabroiło się. I lubimy je grać w różnych nowych wersjach, ale wolimy je grać tak z kapelusza. Myślę sobie, że gdyby ktoś nam powiedział, żeby te stare numery zagrać po nowemu, to by nam się chyba nie chciało. My je grywamy w takich różnych wersjach jedynie koncertowo.

Słuchałem tego, poprzedzającego koncert zespołu (Krakowska Szkoła Jazzu i Muzyki Rozrywkowej – przyp. red.), który przy okazji warsztatów skonstruował Karim. I było tam dużo fajnych piosenek, których nigdy nie graliśmy po skończeniu płyty (z Oov Oov itd.). Można by je było zrobić, ale z drugiej strony chciałbym, żeby trzydziestka nie miała takiego posmaku, że odcinamy kupony od tego, co było. Wpadł nam pewien pomysł do głowy, ale nie będę go zdradzał, bo jest moim zdaniem genialny i zupełnie zaskakujący. Myślę jednak, że nie będziemy grali starych kawałków. A jeśli już – to zrobimy z nimi coś bardzo dziwnego.

Wywiad z Wojciechem Waglewskim

Zespół RAZ DWA TRZY jest postrzegany głównie za sprawą tekstów i piosenki literackiej. Zresztą oni wywodzą się z nurtu studenckiego, a przeciętny słuchacz nie docenia u nich muzyki. Natomiast w przypadku Waszego zespołu jest na odwrót. Pozwolę sobie zacytować kilka przykładów pańskiej zabawy słownej. Skojarzenia są jednoznaczne i nie przychodzi mi na myśl Lech Janerka, który buduje nowe słowa i zwroty, tylko… Mistrz Przybora i to z najlepszych czasów:

Niemoc zmóc, w górę wznieść (Głupie to)

Że wszystko musi się kręcić, że wszystko krótko trwa mać (Trwa mać)

Ja i ja będziemy się tłuc, by się duch z materią mógł zmóc (Dwójnia)

To dlatego kolego ten dołek, że jak kołek rozklejasz się

Kulka się kręci i nęci i korci i uwodzi cię

Naprawdę jest pięknie, mało coś nam nie pęknie i wypogadza się (Zejdź ze mnie)

I na koniec mój ulubiony: Zbyt niedomagam, bym zmagać się mógł (Dołek).

Myślę sobie, że ludzie, którzy się zajmują pisaniem tekstów, czyli Leszek Janerek zawsze mówią o Przyborze jako o mistrzu. Właśnie, co dziwne - mniej o Młynarskim, mniej o publicystyce, chociaż Młynarski jest mistrzem i wykonał parę fantastycznych wolt. Jest jednak dla mnie bardziej felietonistą. Natomiast człowiekiem, który zaczął się bawić takim językiem rymowanym, był wcześniej Witkacy. Te wszystkie zabawy słowne, te wszystkie neologizmy, te wszystkie skumbrie, wszystkie żarciki itd. To były absolutnie mistrzowskie, rockandrollowe teksty.

A Przybora rzeczywiście jest genialny. Co więcej - Przybora miał momentami parę rzeczy takich nieco kontrowersyjnych obyczajowo - mówiąc delikatnie. To w ogóle był duet niezwykły: Przybora z Wasowskim. Dla mnie genialny, ponieważ Przybora pisał teksty, które same z siebie były muzyczne, one same w sobie miały rytm, one same wykorzystywały tę spółgłoskowość języka. By żądz moc móc wzmóc - przecież to jest genialne. I one tworzyły swój podział, swój rytm.

Kiedyś rozmawiałem z Grażynką Auguścik, która mieszka w USA. Powiedziała mi, że będzie nagrywała na każdej płycie kilka piosenek właśnie po polsku. Skoro udało się rozpowszechnić na świecie bossanovę w języku portugalskim, który według wielu brzmi podobnie do języka polskiego przez spółgłoskowość, to można zrobić to samo z polskim. Jeżdżąc po świecie wieki temu, dowiedziałem się od ludzi za granicą, jaki to polski jest piękny, np. Grecy prosili nas o to, żebyśmy mówili po polsku, bo chcą posłuchać, jak fajnie to brzmi.

Tak naprawdę te zabawy, to brzmienie języka polskiego usłyszałem właśnie u Przybory. Aczkolwiek mistrzynią gatunku jest Ewa Demarczyk, która śpiewa przeróżne teksty. Natomiast Taki pejzaż czy Deszcze brzmi w ogóle fantastycznie w każdym języku. Krótko mówiąc - polski to przepiękny język, tylko powinniśmy w to uwierzyć. Teraz jest moda na śpiewanie w języku angielskim, a my niestety - albo stety - nie jesteśmy krajem, w którym jest on powszechnie zrozumiały. My możemy też tak śpiewać. Natomiast nie wyrzekajmy się naszego języka, bo kryje on w sobie mnóstwo fantastycznych muzyczno-rytmicznych zbitek, a czasami potrafi być muzyką, gdy się temu przysłucha.

Czy będzie jakaś kontynuacja współpracy z Haydamakami?

Oj nie, bo Haydamaky się pokłóciły i totalnie rozpadły z jakichś powodów ambicjonalnych. Grali potem koncerty z zespołem, który nazywał się Kozak System. To były Haydamaky, ale bez wokalisty. Cały czas się tam awanturują na Ukrainie, więc tak to się skończyło.

A co z zapowiadaną książką Wojciecha Bonowicza - wywiadem-rzeka z Panem?

Proszę mi o tym nie przypominać. Uwielbiam Wojtka, ale nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. W zeszłym roku książka już miała się ukazać. To jest sytuacja, którą nie do końca rozumiem, bo już za tę książkę 10 lat temu dostałem jakieś śmieszne pieniądze. Ponieważ książka się jednak nie ukazała, próbowałem się jakoś z niej wyczepić. Po drodze były jakieś pomysły, miała się pojawić jakaś inna opowieść, ale błagano mnie: Nie, nie, bo [książka – przyp. red.] już wychodzi. Ja myślę, że czekają aż umrę. Ale się nie doczekają.

Rozmawiał
Wojtek Sokołowski

comments powered by Disqus