Umarł król, niech żyje król

Pod koniec ubiegłego roku dotarła do nas wiadomość o śmierci Joe Cockera. Kolejna ikona legendarnego festiwalu w Woodstock jest już po drugiej stronie życia, że zacytuję poetę z Krakowa. Nie będę udawał, że ogarnął mnie jakiś kosmiczny smutek. Nie mogę o sobie powiedzieć, że dałbym się porąbać za Cockera. Oczywiście - to przykre, że odchodzi kolejny ze starej gwardii muzyków.

Joe Cocker

Kariera Cockera zaczęła się na dobre na wspomnianym Woodstocku, kiedy wykonał brawurową wersję beatlesowskiego With A Little Help From My Friends, mającym się tak do oryginału śpiewanego przez Ringo Starra, jak longplay do singla. Zrobił z tej miniaturki porywający soulowy hymn z gospelowym żeńskim chórkiem.

W latach osiemdziesiątych Cockera przypomniało nam kino i telewizja za sprawą duetu z Jennifer Warnes Up Where We Belong z filmu An Officer and a Gentleman, niezapomnianej czołówki z Cudownych lat, a przede wszystkim nieśmiertelnej sceny striptease’u Kim Basinger z 9 i pół tygodnia.

Jest niewiele utworów, gdzie piosenka tak nierozerwalnie łączy się z obrazem. Dzięki You Can Leave Your Hat On dotarliśmy do autora tej kompozycji Randy’ego Newmana (casus Claptona i J. J. Cale’a). A jako ciekawostkę dodam, że sama piosenka jest w wielu krajach uważana za stripteasowy hymn.

Pierwsze płyty Cockera to klasyczne brzmienie pub rocka, natomiast w latach osiemdziesiątych jego muzyka wyszła z zadymionych klubów na stadiony. Prawdziwy big time, kiedy wychynął z rockowego getta i wdarł się do powszechnej świadomości - nazwijmy to - radiowego słuchacza, to połowa lat osiemdziesiątych.

To w ogóle czas comebacków. Tina Turner, której w listopadzie 1981 r. ledwie udało się zapełnić warszawski Torwar nagrała multiplatynową Private Dancer (1984). Nasz bohater rok później wydał płytę zatytułowaną po prostu Cocker. Dwie następne Unchain My Heart (1987) i One Night Of Sin (1989) utwierdziły jego mocną pozycję w świecie show businessu. Następne albumy to klasyczne produkcyjniaki, gdzie bezpiecznie trafiał w target.

Jedynym wyjątkiem jest zjawiskowy Organic z 1986 r. nagrany dla filii Sony, wytwórni 550 Music. Nie jest to klasyczny unplugged, ale tak go należy odbierać. Do nagrania zaprosił swoich mistrzów, a zarazem autorów niektórych zawartych na płycie kompozycji. Jest Randy Newman, jest Tony Joe White, Billy Preston i Jim Keltner, a całość wyprodukował Don Was.

To moja absolutnie ukochana płyta artysty. Z Cockerem miałem ten problem, że szufladkowany był jako przedstawiciel AOR (Adult-Oriented Rock), lecz jego ostatnie dokonania sytuowały go raczej w dziale z napisem WOM (Women Oriented Music). Ten ostatni skrót jest mojego autorstwa.

Starym rockmanom stępiły się pazury. Rod Stewart zabawił się w croonera i nagrał 5 płyt z serii The Great American Songbook (67 piosenek). Na litość boską, ileż można na raz zjeść krówek? Hej prorocy moi z gniewnych lat / Obrastacie w tłuszcz / Już was w swoje szpony dopadł szmal / Zdrada płynie z ust.

Cocker na szczęście nie dał się wmanewrować w podobny projekt. Nie zmienia to jednak faktu, że stał się dyżurnym wykonawcą na niemieckich potworkach z serii KuschelRock z równie koszmarnymi okładkami. Bardziej zaczął się kojarzyć z Erosem Ramazzotti niż Elvisem Costello. I w ten sposób płynnie i inteligentnie przeszedłem do drugiego bohatera tego tekstu.

Nazywa się Paolo Nutini (PATRZ RÓWNIEŻ: Fajni chłopcy z Wysp Brytyjskich). Przyznam, że włoskie nazwisko nie podziałało zachęcająco, bo każdy szanujący się rockandrollowiec nienawidzi rocka francuskiego, a z Włochami kojarzy mu się głównie Italo disco. A tu niespodzianka. Paolo imię dostał po włoskich przodkach, sam jest rodowitym Szkotem z Paisley.

Paolo Nutini

Że siła uprzedzeń jest wielka, wiem o tym, bo od prawie 30 lat usilnie przekonuję mojego kolegę do twórczości Elvisa Costello, a ten jest odporny na siłę moich argumentów. Na nic zdają się tłumaczenia, że Costello nosi poczciwe szkockie nazwisko McManus. On i tak swoje, że to potomek mafijnego nowojorskiego klanu Costello, który załatwił prezydenturę Johnowi Kennedy’emu.

Już jego debiutancka płyta These Streets, którą nagrał przed 18. urodzinami pokazuje, że trzeba będzie obserwować tego gołowąsa. Nietrudno jest nastolatkom pisać piosenki o złamanym sercu, pierwszych miłościach i tych wszystkich rozterkach dorastania. Trudność polega na tym, żeby nie popaść w banał i tony melodramatyczne.

Produkcja jest pewnie zbyt wygładzona, ale świetnie współgra z jego szkockim akcentem i przedwcześnie zmęczonym głosem (Waits na swoim debiucie brzmi bardziej pastelowo). A kawałek Last Request pokazuje że mamy do czynienia z samorodnym talentem. Po paru latach Adele ze swoim Someone Like You niebezpiecznie otrze się o plagiat.

Niemal w każdym utworze słyszymy echa Mistrzów. Nick Drake w Coming Up Easy, Cat Stevens w Chamber Music, Aaron Neville w High Hopes, springsteenowska ballada Tricks Of The Trade, No Other Way brzmi jak outtake z sesji Otis Sings Blue Otisa Reddinga. Nie jest to oczywiście zarzut o ślepe naśladownictwo, ale ukłon w stronę mistrzów.

Niewiarygodne, że kawałka Pencil Full Of Lead nie wykonuje stary czarnoskóry jazzman, tylko 22-latek ze Szkocji. To fantastyczny swing z najwyższej półki. Drugą płytą Nutini pokazał się jako rasowy singer/songwriter i odłożył do lamusa swój młodzieńczy wizerunek dostarczyciela pościelówek.

W 2011 r. pojawił się na płycie Johnny Boy Would Love This – dwupłytowym hołdzie dla swojego mistrza-rodaka Johna Martyna, obok takich wykonawców jak: David Gray, Beck, Beth Orton i Joe Bonamassa. A w 2012 r. przyszło mu wystąpić przed niewątpliwie największą publicznością w Hyde Parku w ramach koncertów z okazji Igrzysk Olimpijskich w Londynie.

Po pełnym sukcesów, burzliwym okresie, który w tak krótkim czasie spłynął na młodego człowieka, Nutini wrócił z Londynu w rodzinne strony, by z dala od zgiełku poszukać inspiracji na nową płytę. Płyta Caustic Love ukazała się w kwietniu 2014 r. Gdybym miał opisać ją jednym słowem, napisałbym, że jest to płyta natchniona.

27-latek zanurzył się bez reszty w soulu i funku rodem z Motown, Stax, Atlantic i Daptone Records. Płyta jest przesiąknięta seksualną energią. Została nagrana z dużym zespołem w Glasgow, Walencji, Londynie oraz Nowym Jorku i te znamiona superprodukcji słychać w każdym utworze. Lecz producent, wytwórnia, sprzęt, nowoczesne studia nic by nie pomogły, jeśli nie byłoby piosenek. Płyta jest jaka jest, bo ma fantastyczne kompozycje.

Nie wiem, czy to kwestia wieku, że obniżył się mój próg egzaltacji, czy po prostu coraz mniej powstaje zjawiskowych kawałków, ale takiego Better Man słuchałem w transowym zachwycie, co raz łapiąc w locie szczękę.

Coś takiego nie zdarzyło mi się dawno. Przypomniały mi się emocje, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Drive All Night Springsteena czy Inner City Blues Cockera. Jest jeszcze jeden tour de force na tej płycie, a mianowicie zaangażowany ponad 6-minutowy Iron Sky z wplecionym monologiem Chaplina z filmu Dyktator.

Zawsze, gdy kupię płytę artysty, którego jeszcze nie mam na półce, mam dylemat, gdzie ją postawić. Klucz alfabetyczny jest dla amatorów. Znalazła się luka między Peterem Cincottim, Gino Vannellim a… Joe Cockerem.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus