Wakacje po studencku. Jak to się kiedyś robiło?

Co zrobić, gdy jest się biednym studentem z Krakowa, a do dyspozycji ma się 4 dni wakacji i prawie zero gotówki? Po pierwsze- zakupić bilet weekendowy (i zgubić go pięć razy, ale co to za wycieczka bez adrenaliny?). Po drugie- zebrać towarzystwo jak najdziwniejszych osób. Po trzecie – spakować się do reklamówek i potoczyć na dworzec kolejowy z odpowiednią ilością procentów (jesteśmy przecież studentami!), aby uczynić podróż PKP nieco znośniejszą.

Wakacje po studencku

Tak właśnie rozpoczęłam swoje wakacje w zamierzchłych czasach, niemal dekadę temu. Celem wycieczki był Gdańsk i Wrocław, miasta położone bardzo blisko siebie, więc wybór nie powinien nikogo dziwić.

Pociągi mają oczy

Gdy rozpoczniecie już swoją podróż po polskiej krainie, pamiętajcie o bezpieczeństwie! Nie każdy policjant nosi mundur.

Czasem może być to niewinnie wyglądający Łukasz, który odziany w sweterek w romby siedzi naprzeciwko Was w przedziale. Czasem może Was zdziwić, że odmawia łyka wódki z gwinta, tłumacząc sie byciem w pracy. Możecie troche osłabnąć na widok wyciąganej odznaki policyjnej, jednak nie traćcie hartu ducha!

Taki Łukasz, Krzysiu czy Jasiu może być bardzo sympatycznym człowiekiem, który jedzie ochraniać mecz przed kibolami, którzy właśnie rozsadzają kolejny wagon Waszego pociągu.

Tenże Łukasz poczęstował nas enigmatycznym stwierdzeniem, które stało się mottem całej podróży: Klimat to ma grób! Nie martwcie się, też nie rozumiem.

Pamiętajcie również, iż każdy kac jest indywidualistą, czasem goni Was do łazienki, czasem każe zjeść frytki, a czasem –czego doświadczyłam bardzo boleśnie- budzi Was na stacji Gdańsk Główny, wciskając Wam obrazek z Jezusem.

Stacja: Gdańsk

Skoro zajechałyśmy już do do Gdańska i rozpoczęłyśmy kolejny etap studenckiej wycieczki, należało uzupełnić braki alkoholu (podróżowanie kiedyś było prostsze).

Niestety polski klimat ma to do siebie, że częstuje nas żarem od poniedziałku do piątku. W dni wolne zaś przypomina, że globalne ocieplenie to tak naprawdę globalne odmrożenie kończyn. Bądźcie więc przygotowani na to, że wakacje w Gdańsku spędzicie, ogladając smętne dźwigi stoczni z okna hostelu, gdzie będziecie– tak!– pić wódkę z właścicielem i grupką brytyjskich turystów.

Właściciel hostelu czasem może być patriotą i skrytykować Was za śpiewanie piosenek Erica Claptona. Ale rano i tak zrobi Wam kanapki z dżemem na dalszą drogę, więc i tak zapamiętacie go tylko dlatego. Jesteśmy przecież studentami, jedzenie ma dla nas wartość sentymentalną.

Higiena w podróży

Udając się w dalszą drogę, do Wrocławia, prawdopodobnie nie będziecie mieć już żadnych czystych ubrań. Nie przyjdzie Wam również do głowy marnowanie czasu i pieniędzy na pralnie. Odkryjecie zatem trzecią stronę ubrania- tę czystszą.

Stacja: Wrocław

W Gdańsku spałyśmy w hostelu, zatem aby urozmaicić– i zaoszczędzić– we Wrocławiu miałyśmy się zatrzymać u znajomego. Również studenta. Cóż, nie mogłyśmy przewidzieć, że ów znajomy będzie miał podobny tryb życia do naszego i niestety nie odbierze telefonu, ponieważ głowa go boli.

Nic to, trzeba znaleźć inny nocleg. Polecam uroczyście spanie w pieszczotliwie przez nas nazwanym Komunistycznym Schronisku Młodzieżowym, gdzie sny umilać Wam będą obrazy rewolucji październikowej i brzemiennej Marii.

Uważajcie jednak na to, z kim będziecie pić wódkę. Jak wiadomo, w trakcie tych wakacji zaliczyłyśmy już picie przy policjancie, kaca przy świadkach Jehowy, teraz zaś czekało nas picie z uroczymi młodymi mężczyznami, reprezentującymi jakże popularną ówcześnie frakcję Młodzieży Wszechpolskiej.

Tak, w komunistycznym hotelu z obrazkami maryjnymi zatrzymało się czterdziestu Wszechpolaków. Odkryłyśmy wówczas, że zamki w drzwiach to fantastyczny wynalazek, a bezpieczniej mogłoby być na dworcu. Co to jednak dla nas, studentów!

Nie zapomniałyśmy o naszym znajomym, który obiecał nocleg w centrum miasta. Znajomy odzyskał w końcu przytomność i ugościł nas po królewsku, w swoim domu w ścisłym centrum... wsi pod Wrocławiem. Detale, detale, detale – jakże ważne w podróżowaniu.

Zatem jesteśmy już na tzw. Zadupiu Absolutnym, aczkolwiek za darmo – darowanemu Zadupiowi nie zagląda sie w ... . No właśnie. Co robi student, kiedy po raz kolejny znajduje się w sytuacji patowej? Idzie sie upić. Lecz aby zachować odpowiednie do dramatycznej atmosfery proporcje- idzie się uwalić w sztok.

W końcu udaje nam się wydostać z Zadupia, mkniemy tramwajem do miasta, kilka przystanków temu pojawiły się pierwsze zabudowania. Ale w końcu są wakacje. Pola i łąki mają wtedy swój urok.

Nie rób tego we Wrocławiu!

Czego nie powinniście nigdy robić na studenckich wakacjach? Nie powinniście nigdy wchodzić do Almy, nie powinniście nigdy rozbijać tam pikniku, a już na pewno- nie powinniście tego robić pod zamykaną na kluczyk półeczką na koniaki za 7 tysięcy złotych.

Choć przyznaję, miało to swój buntowniczy urok. Zwłaszcza biorąc pod uwagę naszą świeżość i czystość – chyba zbyt długo przebywałyśmy pod obrazem rewolucji październikowej...

Tak się dzieje, gdy kończą się pieniądze...

Cóż nam pozostaje dalej? Można udać się do knajpy z koktajlami, na które nas nie stać. Można wpaść w depresję, gdyż tak jest najtaniej. Można też zrzucić się na jeden koktajl malinowy i desperacko próbować podzielić ostatni łyk na trzy części. Walka na słomki też jest za darmo.

Podobno piękniejszy od wyruszenia w podróż jest tylko powrót do domu. Do ciepłej i czystej pościeli, do pełnej (no, nie przesadzajmy) lodówki i bieżącej wody. Jednak kiedy jesteśmy zmuszeni spać na brudnych materacach, w brudniejszych śpiworach pośród jeszcze brudniejszych ludzi – wizja własnego domu jest nie tylko piękniejsza. Ona jest najwspanialsza, najcudowniejsza, jest wręcz spełnieniem marzeń i czymś, o czym nie ośmielamy się mówić głośno, aby nie zapeszyć. Do domu jednak wciąż daleko, dzieli nas od niego dworzec PKP i kilometry torów.

Czekając na powrót do domu

Co należy zrobić aby umilić sobie oczekiwanie na pociąg? Oczywiście- kupić alkohol. Nie należy jednak kupować niskoprocentowej sangrii. Nie tylko ze względu na zmarnowane pieniądze, ale również dlatego, że bardzo nieporęcznie się ją trzyma podczas ucieczki przed wrocławskimi żulami. Alkohol na dworcu– tylko w ergonomicznych kształtach!

Lekcję tę odczuwa się tym boleśniej, gdy pociąg ma 3 godziny opóźnienia, a jest już północ i do dyspozycji ma się jedynie chleb ukradziony od gospodarza z Zadupia oraz ostatnie krople sangrii.

Nawet tak wspaniała studencka wycieczka jak ta, musi się skończyć. Zostawiła ona po sobie niezwykłe motto życiowe, które do tej pory stosuję– z pozytywnym efektem– Alkohol to inwestycja, która procentuje i się zwraca.

Ola Godlewska dla novastreet

comments powered by Disqus